MĄDROŚCI ŚWIATA

Trudno wyzbyć się starych zwyczajów

Stary McDonald miał farmę. Na niej miał trochę inwentarza. Było tam trochę krów. Kilka świń. Kilka owiec. Kilka kóz. Jeden czy dwa konie. Kilka kaczek. Przez długie lata McDonald odkładał budowę lepszej stodoły dla swojego inwentarza. Maił na to opóźnienie wiele usprawiedliwień. "Jest za droga... zwierzęta potrafią zatroszczyć się o siebie same w mroźne zimy Montany...będą czuły się uwięzione w zamkniętej przestrzeni". Etc. Miał także inne powody, ale zdawał sobie sprawę, że wszystkie jego powody były nie wiele więcej niż racjonalne. Właściwie czuł się winny, gdy patrzył na swoje zwierzęta wtulone w siebie w taniej starej stodole, która stała na farmie McDonaldów od pięćdziesięciu lat. Mac wiedział, że brakującymi deskami w ścianach i zepsutymi drzwiami, które się nie zamykały, takie schronisko to tak jakby go wcale nie było. Faktycznie niektórym zwierzętom nawet nie chciało się wchodzić do środka, tak było to dla nich nieistotne.
Może stary skąpy farmer wcale by tej stodoły nie wybudował, gdyby jego cenna klacz nie zamarzła pewnej zimy na śmierć. Pewnego ranka znalazł ją po brzuch w zaspie śnieżnej. Zdechła stojąc. Z głową opuszczoną...tyłem do wiatru...zupełnie zamarznięta...twarda jak kamień. Bez wątpienia Mac nie czuł się po tym wypadku najlepiej. Co gorsza był to też ulubiony koń jego dzieci, które oskarżyły go o morderstwo.
Pewnego popołudnia myśląc o tym wypadku, postanowił wybudować nową stodołę. Będąc tak samo dumnym jak skąpym, jeśli już się na coś decydował, decydował się na najlepsze. Wezwał najlepszego cieślę w hrabstwie i razem zaprojektowali najlepszą stodołę jak była tylko możliwa, z osobnymi boksami, pojemnikami na jedzenie i poidłami dla każdego zwierzęcia. Zainstalował nawet termostat, za pomocą którego mógł kontrolować temperaturę w mroźne zimy Montany.
Cieśla ukończył swoją pracę na czas. Dzień po ukończeniu nowej stodoły, zburzył starą i wywiózł zgniłe deski, zostawiając po starej konstrukcji, która stała ty przez ponad pól wieku, tylko goły plac. Na następny dzień przewidziano pierwszą burzę śnieżną tej zimy. Można było zgadnąć, ze to będzie ciężka zima. Owłosione robaki miały najdłuższe włosy, jaki stary Mac widział kiedykolwiek.
O trzeciej nad ranem zbudził go podmuch zimnego wiatru, który uderzał o okiennice jego sypialni. Kiedy wyjrzał na zewnątrz, uderzył go widok padającego śniegu, głębokiego już na stopę. Silne wiatry arktyczne roznosiły go wszędzie. Naciągnął płaszcz, założył kalosze i pobiegł do stodoły, aby włączyć termostat i upewni ć się, że wszystkie drzwi są dobrze zamknięte.
Kiedy oczy Maca przyzwyczaiły się do ciemności w ciepłej przytulnej stodole, ze świeżym sianem w każdym boksie, nagle zauważył, ze wewnątrz nie było żadnego zwierzęcia. Przerażony i zaskoczony, chwycił latarkę i wybiegł szukać ich w zawieję, wpadając prawie na swoją ulubioną krowę mleczną. Stała tam z brzydkimi soplami lodu zwisającymi jej z pyska...tyłem do wiatru...prawie zamarznięta. Ona i wszystkie inne zwierzęta stały tam wtulone w siebie, próbując się ogrzać, próbując przeżyć - dokładnie w miejscu starej stodoły.