wrzesień 1999
CZY MOŻNA ULEPIĆ LIDERA
Nie jestem pigmalionem
Z Bogusławem Federem, założycielem i szefem Centrum Kreowania Liderów, rozmawia Dorota Goliszewska
Kto może zostać przywódcą?
Każdy. Widać to na przykładzie rodziny. W domu zawsze ktoś komuś przewodzi, ma wpływ na sposób myślenia i postępowania drugiej osoby. Mówi się, że ludzie pozostający ze sobą w długim związku upodabniają się do siebie. W jakiś nieświadomy sposób przejmują nawyki od partnera. To jest przewodzenie.
Czy zatem dobry rzeźbiarz, wykorzystując te naturalne predyspozycje, mógłby ulepić lidera kierującego większymi grupami ludzi?
To pytanie sugeruje, że można ukształtować człowieka wbrew jego woli. A ja uważam, że można mu jedynie pomóc odpowiedzieć na pytanie, czy chce przewodzić innym. Być może bardziej odpowiada mu rola naśladowcy. I niech tak zostanie. Dziedzina, którą się zajmuje edukacja, wymaga subtelności i poszanowania intymności drugiego człowieka. Nie jestem Pigmalionem i nie lepię ludzi według własnych wyobrażeń. Pomagam im tylko wydobyć to, co w nich najlepsze.
Od czego trzeba zacząć?
Od otwarcia się na samego siebie. Uczestnikom naszych szkoleń powtarzam: najpierw poznaj sam siebie, zaobserwuj, jak się zachowujesz w różnych sytuacjach, co wyzwala twoją inicjatywę w kontaktach z innymi. W czasie zajęć dowiadują się oni o swoich mocnych stronach, nastawieniach, o obecnym stanie emocjonalnym, możliwościach. Odkrywają w sobie pokłady energii, entuzjazmu, humoru i siły, których istnienia nawet nie przeczuwali. Zaczynają się sobie podobać i lubić. A przewodzić innym może tylko człowiek, który akceptuje sam siebie.
A jak osiągnąć taki stan wewnętrznego skupienia?
Odrywając się od środowiska, do którego przywykliśmy. Mamy to szczęście, że posiadamy własny ośrodek szkoleniowy, w którym obowiązują nasze reguły. Zanim uczestnik kursu do nas zawita, otrzymuje informację, że tutaj nie spożywamy alkoholu, nie używamy telefonów komórkowych, nie oglądamy telewizji. Izolujemy się od świata zewnętrznego i koncentrujemy na sobie. Poznajemy się, i tak jak w małżeństwie uczymy się siebie, swoich reakcji, odkrywamy wrażliwość.
Szkolenia kojarzą się przede wszystkim z przekazywaniem wiedzy użytecznej, narzędziowej. Uczymy się technik rekrutacji, sprzedaży, negocjacji.
Właśnie tego chcę uniknąć. Mnie interesują wyłącznie umiejętności człowieka, a nie jego wiedza. Wiedzę można zdobyć na sto różnych sposobów, na studiach, szkoleniach, w bibliotece. Umiejętności trzeba w sobie odkryć, wydobyć, oszlifować. To dar natury. Albo umiesz porozumiewać się z ludźmi, jesteś twórczy, inicjujesz ciekawe przedsięwzięcia, rozwiązujesz problemy i łagodzisz konflikty, albo tego nie potrafisz. Nie dowiesz się tego dopóki nie odkryjesz własnej osobowości.
Jakość edukacji menedżerskiej w Polsce wynika z jakości kształcenia w ogóle. A w szkołach i na studiach kładzie się nacisk na przyswajanie wiedzy, nie na kształtowanie osobowości.
System edukacji zakłada, że to posiadana wiedza decyduje o zdolności do przetrwania. Jeśli będę dużo wiedział o biologii, historii, itp., to stanę się lepszy i wygram. To błędne założenie korzeniami sięga jeszcze czasów Kartezjusza, który ze względów religijnych oddzielił umysł od duszy i ciała. W programach nauczania nie ma integralności. Nie docenia się roli emocji w poczynaniach człowieka, brakuje świadomości, że to co powstaje w umyśle, automatycznie przekłada się na działanie. I odwrotnie. Stan naszego ciała wpływa na umysł, na samopoczucie. Gdyby system edukacji był spójny i równo traktował wymiar duchowy, fizyczny oraz intelektualny człowieka, ułatwiłby kształtowanie świadomego przywództwa. Mówię o takim wynikającym z umiejętności porozumiewania się, przekazywania swojej wizji, inspirowania do działania. Z liderem chętnie się pracuje, bez niego pracować się nie chce.
Odżegnuje się Pan od Pigmaliona, ale swoją firmę nazwał pan nieskromnie Centrum Kreowania Liderów.
Od momentu narodzin ludzie skazani są na pewne wzory, rozwijają się, naśladując innych. Na tych samych zasadach odbywa się rozwój gospodarki i biznesu. W tych dziedzinach również króluje sztuka kopiowania. Na początku lat 90 mieliśmy w Polsce jedynie model centralnej gospodarki planowej. Nie można go było zaadoptować do świata, w którym potrzebna jest inicjatywa, twórczość, akceptacja ryzyka, przebojowość, indywidualność. Nie było ani takich wzorów, ani ludzi radzących sobie z wyzwaniami wolnego rynku. A nawet jeśli byli, to mieli tylko małe sklepiki, warsztaty ślusarskie i ich doświadczenia nie dawały się przenieść na grunt dużej korporacji, prywatnej firmy produkcyjnej lub handlowej, działającej na szeroką skalę. A więc: brak wzorów. Dlatego zacząłem poszukiwać modelu, który byłby możliwy do zaakceptowania i naśladowania. W mojej firmie chciałem kształcić nowych przywódców dla nowych czasów.
Nie wystarczyło skorzystać z gotowych, zachodnich recept?
Marzyłem, że uda się połączyć najlepsze doświadczenia zachodnie z polską tradycją. Chodziło o to, żeby odrzucić to, co negatywne, co jest balastem, nie obcinając korzeni. Nie można przekreślać wszystkiego, bo człowiek zapłaci ogromną cenę za utratę gruntu, na którym wyrósł. Ziemia ma oczywiście chwasty, robaki. Odrzućmy je na bok, a zajmijmy się tym, co pożyteczne, dolejmy jakiejś odżywki i w ten sposób spróbujmy stworzyć coś nowego i zdrowszego.
Co stało się glebą, którą warto było użyźnić?
Polski folklor, tradycje gościnności i wspólnego biesiadowania, przywiązanie do wartości duchowych oraz ... powrót do dzieciństwa. Tu pomocne okazały się moje podróże i wyjazdy na szkolenia zagraniczne, gdzie odkryłem, że jedną z najbardziej naturalnych i efektywnych form nauczania są gry i zabawy najmłodszych. Dziecko jest szczere, serdeczne, otwarte na świat, chłonne. Osobowość dziecka nigdy nie umiera, ale człowiek dorosły tłamsi ją w sobie, źle traktuje, wstydzi się. A właśnie to dziecko, które w nas drzemie, jest najbardziej twórcze, kreatywne, pomysłowe, komunikatywne, ma najwięcej zasobów, wykorzystuje wszystkie zmysły do poznawania świata.
Tylko jak rozbudzić dziecko w dorosłym osobniku?
Traktując dorosłego człowieka w sposób całościowy, jako jeden organizm, który ma ciało i umysł, który w tym samym stopniu musi o nie dbać, żeby w pełni rozwinąć wszystkie możliwości. Dlatego niezależnie od tego, kto do nas przyjeżdża, księgowy, handlowiec, menedżer, wszyscy uczestniczą w takich samych zajęciach praktycznych, artystycznych, relaksacyjnych. Wiele uwagi poświęciliśmy wyposażeniu ośrodka, urządzeniu sal dydaktycznych, wystrojowi, kolorystyce. Są to te aspekty, których człowiek na co dzień nie zauważa, a które oddziałują na jego nastrój i samopoczucie. Rysując, malując, śpiewając, ludzie uwalniają swoje emocje i zblokowaną energię. W trakcie zajęć taneczno-ruchowych w sali lustrzanej po raz pierwszy widzą, jak porusz się ich ciało. Uczestnicząc w zajęciach relaksacyjnych, przeżywają radość bycia w grupie, muzyka uwalnia pokłady ich twórczości.
I to działa?
Człowiek, który do nas przyjeżdża, jest początkowo trochę zdenerwowany, drażni go odseparowanie od świata. Po pewnym czasie stwierdza, że dokonała się w nim jakaś przemiana. Został odcięty od życia zawodowego, konfliktów, problemów i obowiązków, rzucony w środowisko, gdzie poznaje innych ludzi, uczy się od nich. Przenikające się doświadczenia, postawy i wzorce tworzą nowe. Stąd też kolejna możliwa interpretacja naszej nazwy. Liderzy to osoby, które pokazują innym modele zachowań. My stwarzamy do tego sprzyjające warunki.
Czy ludzi w sile wieku nie drażni zabawowa formuła zajęć, brak powagi, przywoływanie szczenięcych lat?
Zachęcam każdego, żeby sobie przypominał, co było marzeniem jego dzieciństwa. Niech to zrealizuje. Będzie bogatszy wewnętrznie. Jeśli ktoś bardzo chciał grać na fortepianie w wieku 10 lat, ale nigdy nie było go stać na kupno instrumentu, niech zrobi to mając 50 lat. Na kursie językowym gościliśmy 70-latków. Ta grupa osiągała najlepsze wyniki, bo realizowała niespełnione marzenia. Potem u nikogo już nie widziałem podobnej motywacji. Osobom tym nie tylko udało się opanować język obcy, ale i zmienić wyobrażenia o sobie samym. Udowodniły, na jak wiele je stać, poznały swoje nowe słabe i mocne strony, odnalazły się w grupie.
Firmy bez przerwy delegują pracowników na różnego rodzaju kursy. Tymczasem w Polsce obserwujemy kryzys przywództwa. Skąd on się bierze?
Z zagubienia systemu wartości. Widać to i w biznesie, i w polityce, a nawet w stosunkach międzyludzkich. Ja do 30 roku życia żyłem w świecie wartości niematerialnych. Tak naprawdę liczyła się przyjaźń, honor, dotrzymanie słowa. Świat materialny był płaski, zupełnie nieważny. Kiedy zapragnąłem wyrwać się z kolegami w góry do Zakopanego, chodziliśmy po pociągu i sprzedawaliśmy piwo. W ten sposób zdobywaliśmy pieniądze, żeby pojeździć na nartach dwa dni, a potem wrócić na uczelnię. Mam kolegę ze Stanów, który twierdzi, że bardzo lubi Polaków, ale nie może z nami robić interesów, bo jesteśmy pokrętni. To bardzo trafne określenie, które świetnie ilustruje to, co dzieje się chociażby w naszym życiu publicznym. Brakuje spójności, wyrazistości, jednoznaczności. Okrutna szamotanina. Z jednej strony tradycja i świat wartości wyższych, z drugiej proza życia, ekonomia, pogoń za pieniędzmi, która nas zmusza do dokonywania trudnych wyborów. Myślę, że lekiem na zło byłby powrót do naszych wartości historycznych, od których żadnej nacji nie wolno się odcinać.
Stąd w waszej jadalni wystrój rustykalny, wóz drabiniasty w roli bufetu, zespół folklorystyczny przygrywający do kolacji?
Tak, to pewne symbole naszej przeszłości, o której nie powinniśmy zapominać. Porządkują teraźniejszość, pomagają osiągnąć równowagę, zachować jasny punkt widzenia. Proszę spojrzeć na przykład Niemców. Zespoły ludowe, kapele, biesiady w tradycyjnych strojach ludowych i wszyscy się z tym dobrze czują. Natomiast u nas ludzie pomijają te wartości, uciekają, boją się, deprecjonują. Często z niezrozumienia, czasami - bo mają złe skojarzenia z minionej epoki, kiedy folklor był na usługach propagandy. Chyba już nadszedł moment, kiedy możemy o tamtym zapomnieć. Brak szacunku dla tradycji i własnych korzeni prowadzi donikąd.